Król jest tylko jeden. Słów kilka o powieści Szczepana Twardocha.

Twardoch-Król-jest-tylko-jedenKról. Biorąc do rąk nową powieść Szczepana Twardocha byłem niemal pewien, że szybko jej nie przeczytam. Wiedziałem, że świat wykreowany przez autora będzie odmienny od tego w mojej głowie. Warszawa lat trzydziestych XX wieku to królestwo jednego władcy, który został połknięty przez wieloryba.

Początek powieści wprawia mnie w dobry nastrój. Ring, bokserzy, którzy nie tyle, co sobie mają coś do udowodnienia w tej walce, co pokazanie zgromadzonym kibicom, że ten, który wygra udowodni, że jego nacja „góruje” nad pozostałymi. Zarzewie konfliktu skupione w rękawicach bokserskich. Siedzę w pierwszym rządzie, przyglądam się zapartym tchem. Walczą. Kto wygra. A może w tej walce nie będzie wygranych?

Twardoch komponując powieść nie wykłada wszystkich kart na stół. Bohater-narrator oprowadza nas po starej Warszawie. Warszawie jakże innej od tej przedstawianej w filmach, które mogliśmy oglądać w niedzielę w Starym Kinie. Kto jeszcze pamięta ten cykl? Celowo o nim wspominam. Warszawa Twardocha nie jest cukierkowa. Warszawa jest mroczna, posępna, krwawa.

Oglądam Warszawę z tylnego siedzenia samochodu. Wymuszam haracze. Ten, kto nie płaci, kończy żywot na dnie glinianki. Karcelak to tylko jedno z miejsc, gdzie odbieram należną dolę. Odpoczywam u Ryfki Kij. U Ryfki Kij jest wszystko, dobre jadło, napitki i kobietki. Do lokalu Ryfki nie każdy może wejść. Jak mam ochotę to idę na kawę i ciacho. Do kawiarni. Wszędzie jestem u siebie. Wszędzie?

Jestem Król.

twardoch-król-to-ja-jestem-tym-wybranym

Nie wszędzie. Nie wszyscy mnie lubią. Nie wszyscy okazują szacunek. Jestem jak ten Król, ale … jestem żyd. Mieszkam w Polsce. Mój rywal z ringu to Polak. Przegrał walkę, ale to ja czuję się przegranym. Moralne zwycięstwo? Gardzę nim, on gardzi mną, ale oboje siebie potrzebujemy. Wieloryb Liatni patrzy na nas z góry. Śmieje się. Wiem, że mnie połknie. Każdego połknie.

Polityka wyciąga do mnie brudne ręce. Wciąga mnie. Polska nie oczekuje takiego króla jak ja. Mój kraj czeka na mnie. Gdzieś tam. Zanim wyjadę udowodnię, że szacunek jest mi należny. Siłą go sobie odbiorę. Nie znam innego sposobu. W Polsce nie czuję u siebie. Hitler mąci ludziom w głowach. Mam wszystko a pragnę jeszcze więcej. Inni pragną mojego dobra.

Powieść „Król” Szczepana Twardocha jest brutalna, ale nie na tyle, aby odwracać głowę od tego świata. Analogia z wydarzeniami bieżącymi narzuca się sama – słyszę. Skoro tak to, dlaczego? Nie narzucam kontekstu tej powieści. Dla wielbicieli prozy autora lektura obowiązkowa. Dla pozostałych osób … czytają na własną odpowiedzialność.

Król jest tylko jeden.

Jestem Królem. Jesteś Królem. Masz królestwo w swoich rękach.

„Król” – Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie 2016, 429 stron