Morfina odkrywa utracony raj. Twój eden.

morfinaCzytam. Czytałem. Zmęczony jestem. Zmęczyła mnie ta historia. Okładka sugeruje, że będzie krwawy pojedynek człowieka z nałogiem. Na okładce książki uśmiechnięta twarz. Patrzę na wprost, widzę twarz. Patrzę na okładkę z boku – widzę twarz podwójnie. Zgadza się. To „Morfina” tak działa.

Spoglądała na mnie z regału księgarni. Kilkukrotnie na siebie wpadliśmy. Przybiliśmy sobie „piątkę” i pożegnaliśmy się. Uczucia między nami od początku nie było. Brakowało chemii. Ciekawość zwyciężyła. On spoglądał na mnie, ja na niego. Badaliśmy się wzajemnie wzrokiem. Przyjechał zapakowany w karton. „Morfina” zapakowana w karton.

Morfina, środek znieczulający, wprowadza mózg w błogostan, fruwasz pod sufitem, oderwany od grawitacji, nie czujesz spoczywającej na sobie odpowiedzialności. Masz wszystko w czterech literach. Dobrze się czujesz. Moment. Chwila. Tyle to trwa. Czas nie ma znaczenia. Wyrwałeś się spod skrzydeł ciążącego brzemienia i odlatujesz. Nie ma cię a jesteś, sam nie wiesz, ale czujesz się z tym dobrze. Życie nabrało kolorów.

Czytam. Główny bohater budzi się, wstaje z łóżka, wczoraj był na imprezie z morfiną. Ona już odeszła. Zostawiła po sobie suchy posmak. Rozłąkowe nie może być zbyt długie. Nie będzie. Idzie przez miasto, obserwuje ludzi. Miasto rozryte bombami, brudne. Warszawa skapitulowała. Kampania wrześniowa za nim. Ludzie stoją w kolejce za chlebem, jest drogo. On ma w kieszeni pieniądze. Frajerzy – ogląd i pogląd. Idziemy dalej razem. W jednym kierunku. Po morfinę. Gdzieś tam jest lub jej substytut. Wiemy gdzie jej szukać. Znajdziemy. Sam nie wiem, gdzie jestem, ale czytam uparcie dalej. Zmuszam się. Morfina wprowadza mnie w trans, po jej odłożeniu czuję się zagubiony. Szczepan Twardoch elegancko dozuje dawkę literek. Zmęczony jestem. Organizm odrzuca przyswajanie leku, zmuszam się do wysiłku, biorę morfinę do rąk.

Więcej jak pół dawki morfiny już zażyłem, czuję się dobrze, spodziewałem się czegoś lepszego, mocniejszych doznań, że będzie więcej przyjemności z obcowania ze sobą. Jest dobrze. To dobrze jest nie do końca przekonujące. Jeszcze kilka porcji i będzie koniec. Razem się męczymy. Męczymy. Morfina nie męczy, ona pomaga, dobry kumpel, który rozwiewa smutki jedną ręką. Przynajmniej udaje.

Przeczytałem. Czuje się dobrze, rzekłbym fantastycznie. Powieść ma kilka lat. Paszport Polityki 2012 na okładce. Nie rozumiem głównego bohatera, irytuje mnie. Portret młodego bogatego chłopczyny, który szasta nie swoją kasą. Zna potencjał kasy, wykorzystuje go, wypala go od środka. Pustostan obleczony skórą. Odstawia morfinę. Wraca świadomość. Kim jesteś? Kim ja jestem? Odpowiesz? Odpowiedź!

Życie. Czym jest życie? Pojawiłeś się na tym świecie, trwasz na nim zaledwie klika chwil. Dla kogo? Czym je wypełniasz? Po co? Czytam. Czytałem. Pewna forma transu, hipnozy. Nie sposób ująć w wpisie wszystkiego. Morfina znieczula, odcina od świata, nie ma cię. Nie zażywasz morfiny i też cię nie ma. Jesteś? Naprawdę?

„Moje bycie służy mojemu byciu”

Przeczytałem. Odłożyłem morfinę. Na jakiś czas.

„Morfina”, Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie 2012, cytat 552 str.

  • Najlepsza recenzja książki, jaką kiedykolwiek czytałem. Jestem skłonny sięgnąć teraz po ten tytuł, choć okładka patrzy na mnie już od jakiegoś czasu…temat narkotyków w dzisiejszych czasach jest chyba postawiony wyżej niż kiedyś, i dylemat, zanurzać się w błogostan czy żyć to konflikt nie tylko małej społeczności narkomanów, a może dosięgnąć każdego z nas. Dzięki :)

    • Mr. Kaffeino

      Dzięki

  • Pingback: Król jest tylko jeden. Słów kilka o powieści Szczepana Twardocha.()